Blog nie aktywny. Dodaj notkę aby usunąć tą informację oraz reklamy w treści bloga
Rozdział pierwszy
Mieszanka wybuchowa
Ogień był wszędzie.
Stworzenie rozejrzało się, czując, że zawroty głowy ustępują powoli, a jego zmysły są coraz ostrzejsze. Przed jego oczami zarysował się łuk drzwi i dwie, równoległe do siebie pochodnie, przymocowane po obu stronach wyjścia. Płonęły – podobnie jak wszystko inne dookoła.
Stworzenie było w chłodnym, ciemnym miejscu, które rozjaśniało się i rozgrzewało nieuchronnie. I bardzo szybko.
Węszyło w powietrzu. Musiało być gdzieś pod ziemią, to pewne. Zapachu starych, wilgotnych kamieni i głośnego echa nie umiało z niczym pomylić. Obejrzało się na ścianę ognia tuż za swoimi plecami, próbując zmusić ciało do właściwej reakcji.
Instynkt samozachowawczy postanowił jednak zastrajkować, oszołomiony nagłym przeniesieniem swojego właściciela na całkiem obce terytorium. CUDZE terytorium.
Terytorium to rzecz święta. Jedyna, na jakiej można naprawdę polegać. A cudze zawsze oznacza kłopoty…
Można stracić łapę. W najlepszym wypadku.
Co za szczęście, że zęby i ogon odrastają.
Wpatrywało się w strzelające w górę języki ognia jak zahipnotyzowane. Jego źrenice rozszerzały się i zwężały, starając przystosować do tak dużej ilości światła, które sprawiało mu niemal fizyczny ból. Przywykło do ciemności i do swojego własnego terytorium.
I co teraz będzie?
Drgnęło nagle, kiedy usłyszało krzyk. Cofnęło się o kilka pospiesznych kroków w stronę drzwi i ziejącego za nimi, piwnicznego chłodu. Widziało teraz lepiej – udało mu się dostrzec wysoki, obcy kształt w płomieniach.
Ktoś tam był. Ktoś był w samym środku pożaru.
I próbował uciec.
Stworzenie odwróciło się od płomieni i przeszło przez drzwi. Tuż za nimi, w ciemności, znajdowały się wiodące w dół schody. Słyszało popiskiwanie szczurów i innych, przerażonych żywiołem zwierząt, o których nie śmiało myśleć jak o posiłku – a przynajmniej jeszcze nie teraz.
Bo to nie było JEGO terytorium.
Niełatwo będzie mu się tu odnaleźć. Tak samo jak trudno było znosić wrzaski istoty szamoczącej się w płomieniach…
Nie odwracało się za siebie, ale wiedziało, że ogień jest wszędzie.
Wszędzie, tylko nie przed nim.
*
– Kenzie?
– Mmm?
– Czemu czołgasz się na kolanach?
– Nie chce mi się wstawać. To zbyt męczące.
Avery i Beverly, siedzące za rzeźbionym stołem w ogromnej jadalni Zielonego Dworu, wymieniły spojrzenia. Postronny obserwator nie mógłby zrozumieć, jaką wieść niosły one ze sobą. Gdyby jednak w pomieszczeniu znalazł się ktoś sprawny w sztuce legilimencji, oto czego by się dowiedział…
Beverly: Ona oszalała.
Avery: Dopiero teraz to zauważyłaś?
Tymczasem Mackenzie Greengrass, piętnastoletnie, wyjątkowo rozczochrane indywiduum, doczołgało się do stołu, ani na chwilę nie odrywając wzroku od czytanej książki. Z wprawą, jaką nabyła przez ostatnie dziesięć lat (bo czytać nauczyła się mając pięć), sięgnęła na ślepo po krzesło, odsunęła je i usiadła.
– Kenzie, nie uważasz, że odsuwanie krzesła jest zbyt męczące? – spytała złośliwe Avery, trzynastoletnia Krukonka, która właśnie zawzięcie skrobała piórem po pergaminie. Jak wiedziały jej przyjaciółki, tworzyła kolejny list do Potwora, znanego szerzej jako Frank Field, Puchon z piątej klasy, osoba znienawidzona przez Avery najbardziej na całym świecie. Dlaczego więc do niego pisała? Cóż, to jedna z większych zagadek XXI wieku, która zapewne nigdy nie doczeka się rozwiązania.
– Nie mówiąc już o siadaniu. Nie byłoby ci wygodniej pod stołem? – dodała Beverly Merrywell, śliczna Ślizgonka z piątego roku, marzenie połowy facetów w szkole, między innymi Coreya, brata Mackenzie.
– Wtedy musiałabym podnosić rękę, żeby sięgnąć talerza. Nie kalkuluje się – wyjaśniła cierpliwie Mackenzie, przewracając kolejną kartkę. – Dziękuję, Szmerko.
Mała, brzydka skrzatka ustrojona w zieloną serwetkę śniadaniową dygnęła lekko i znikła z cichym pyknięciem. Panna Greengrass natomiast sięgnęła po widelec i rozpoczęła konsumowanie jajecznicy, dopiero co dostarczonej przez Szmerkę: doprawdy tajemnicą pozostawało, jak udawało się jej nie pobrudzić, skoro cały czas czytała.
– Kenzie, jesteś najbardziej leniwym stworzeniem, jakie spotkałam – oznajmiła uroczyście Beverly, sięgając po tosta. Avery tymczasem dopisała zakończenie listu („Pozdrawiam – wiecznie nienawidząca Avery Avery – I – Tak – Kiedyś – Zabiję – Cię – Grzechotką”) i rozpoczęła walkę z płatkami czekoladowymi. Rzecz jasna, płatki nie miały z nią żadnych szans.
Avery, Beverly i Mackenzie dzieliło chyba absolutnie wszystko – a, jak lubiły powtarzać, tym co je łączyło, był ich geniusz. Żadna nie chciała przyznać, że tak naprawdę połączył je trzymetrowy krokodyl, szarżujący na nie z ogromną pałką dokładnie dwa lata temu. Nie ma co, wspólna ucieczka przed gadem, najwyraźniej chcącym skonsumować je na kolację, sprawiła to, czego nie dała rady dokonać wielka kampania na rzecz integracji międzydomowej, trwająca już od kilku lat. Krukonka, Ślizgonka i Gryfonka zaprzyjaźniły się i połączyły siły w celu siania zamieszczania i zniszczenia. Miały też w planach przejęcie władzy nad światem (uzgodniły już nawet, że jedna z nich zostanie królową, druga Ministrem Magii, a trzecia przywódczynią nowej wiary), ale najpierw należało zdać egzaminy.
– Och, co za głupoty! Bev, jak możesz to czytać? – spytała nagle Mackenzie, rzucając otwartą książką o stół. Traktowanie książki w ten sposób przez pannę Greengrass było do tego stopnia niezwykłe, że Avery otworzyła usta ze zdumienia, a Beverly zamarła z uniesionym tostem w ręce.
– Jeśli ci się nie podoba… to po co to czytałaś? – spytała Avery, przezornie odsuwając się trochę od krzesła przyjaciółki. Wiadomo, może w nocy jacyś kosmici zrobili jej pranie mózgu?
– Bev twierdziła, że ta książka jest szalenie modna wśród mugoli – stwierdziła Mackenzie, marszcząc brwi z irytacją. Rzecz jasna nie mogła nie przeczytać czegoś, co prawdopodobnie znali uczniowie mugolskiego pochodzenia – jednak po raz pierwszy w życiu spotkała się z książką, której nie była w stanie dokończyć. To… burzyło jej światopogląd.
– Eee… nie przejmuj się, Kenzie, wiesz… eee… inteligentnym ludziom może się to nie podobać? – zapewniła ją Beverly, zerkając na romans o dźwięcznym tytule „Rycerz bez skazy”.
– Mam nadzieję – powiedziała grobowym głosem Gryfonka. W tym samym momencie do jadalni wpadło kilka sów: i jedna z nich upuściła list centralnie w miseczkę z jajecznicą. Mackenzie zmierzyła kopertę groźnym spojrzeniem. Ta niestety nie zachowała się właściwie, czyli nie spłonęła, ani nie obróciła się w nicość, więc rozzłoszczona dziewczyna w końcu sięgnęła po wiadomość. Beverly i Avery już rozrywały swoje koperty.
– Tak, tak, tak… to już wiemy – wymamrotała, przebiegając wzrokiem tegoroczne podręczniki. – Dziewczyny, jak zjemy, możemy iść na Pokątną. Jeśli poczekamy do jutra, zapewne Corey też będzie chciał się z nami wybrać.
– Mm? Co? Aaa… Pokątna. Jasne – zgodziła się Beverly, odkładając swój list i sięgając po egzemplarz Proroka Codziennego. – Hej! Patrzcie, tutaj piszą o Hogwarcie!
WYPADEK W SZKOLE!
Nauczyciel na obserwacji w Świętym Mungu. Jego życiu i zdrowiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
Simon Bucket (lat 32), nowy nauczyciel historii magii w Hogwarcie, trafił wczoraj do kliniki Świętego Munga z licznymi poparzeniami na całym ciele. Dzięki natychmiastowej reakcji uzdrowicieli, udało się zażegnać zagrożenie, a po wypadku nie zostaną żadne ślady.
Tajemnicą pozostaje jednak źródło poparzeń. Czyżby po raz kolejny w historii Hogwartu w szkole czaił się szaleniec lub groźna bestia? Może okaże się, że po bazyliszku Slytherina, mamy tym razem do czynienia ze smokiem Gryffindora?
Jedyną nadzieją na wyjaśnienie sprawy jest pan Bucket, przebywający obecnie na obserwacji w Świętym Mungu.
„Liczymy na to, że kiedy odzyska przytomność, udzieli nam bliższych informacji. Jesteśmy prawie pewni, że pan Bucket nie doznał tak poważnych obrażeń, żeby nie pamiętać wypadku albo ewentualnego napastnika” – mówi Stephen Boridge (56), uzdrowiciel zajmujący się nauczycielem. Twierdzi również, że pan Simon Bucket zdoła wyzdrowieć przed rozpoczęciem roku szkolnego w Hogwarcie…
Poniżej znajdowało się czarno-białe, ruchome zdjęcie czarodzieja o okrągłej twarzy, przyciętych krótko, jasnych włosach i niewielkich, blisko osadzonych oczach. Wygnieciona tiara z obszernym rondem zacieniała jego czoło, a na policzkach i brodzie panoszył się nieporządny zarost.
Simon Bucket wykrzywił się teatralnie, ziewnął, po czym znikł, kręcąc głową z wyraźną niechęcią.
– Binns zrezygnował? – zdziwiła się Beverly. – Binns i rezygnacja? Rezygnacja i Binns? Razem? W jednym zdaniu?
– Ciekawe – mruknęła Mackenzie. – Wszyscy przeżyją szok, bo Binns zrezygnował, a nikogo nie zainteresuje ten cały Bucket i jego wypadek… – Zerknęła na Avery, uważnie studiującą tekst. – No, albo prawie nikogo.
Krukonka postukała palcem w fotografię, na której znajdował się obecnie wyłącznie kawałek płotu i wąska, podmiejska ulica. Nigdy tak naprawdę nie przyzwyczaiła się do czarodziejskich, ruchomych zdjęć – i nie pomagało jej ciągłe powtarzanie sobie, że niewiele je różni od mugolskich kart 3D. W końcu, przeczuwając, że przyjaciółki jej się przyglądają, spojrzała na nie trochę nieprzytomnie.
– Myślicie, że w Hogwarcie może być smok Gryffindora? – zapytała.
Beverly uśmiechnęła się pod nosem.
– Bazyliszek Slytherina, smok Gryffindora, wkurzony kurczak Ravenclaw i… i…
– I mroczny Puchon Frank Field – mruknęła Mackenzie.
– Myślałam raczej, że bardzo duży i zły szczur.
– A czy to nie na jedno wychodzi? – wtrąciła się Avery. – Ale dajcie spokój, ja pytałam poważnie. W Hogwarcie już dawno nie było wypadku, który nagłośniłaby prasa. No… jeśliby zapomnieć o tym, jak Mackenzie w zeszłym roku dorobiła Potterowi króliczą kitkę…
– Zasłużył sobie na to! Zmienił moje szaty na różowe. I polował na mojego kota.
Beverly i Avery pokiwały głowami ze zrozumieniem. W życiu Mackenzie nie było zbyt wielu stworzeń, które darzyłaby sympatią. One dwie, kot i najbliższa rodzina, do której Gryfonka wolała nie zaliczać Coreya – to wszyscy, cała reszta mogłaby zniknąć. Bez efektów specjalnych w stylu głośnych syków i bulgotania, za to w tempie natychmiastowym.
– W każdym razie facet nie wydaje się sympatyczny, prawda? – zagadnęła Avery, przesuwając dłonią po pozbawionym prawowitego mieszkańca zdjęciu. – Widziałyście jak się na nas gapił? I w ogóle jego ziewnięcie było takie bardziej bezczelne…
– Jasne, Ave. Ale nie pamiętam, żebyś przez dwa lata naszej znajomości wypowiedziała się o kimś pozytywnie po jednym spojrzeniu. Na początku wszyscy są dla ciebie niegrzeczni, podli, złośliwi, prostaccy…
– I wszyscy bez wyjątku spiskują. Albo nawet Spiskują przez duże S – parsknęła Kenzie, powoli i niechętnie podnosząc się z krzesła. Obrzuciła ostatnim, pełnym obrzydzenia spojrzeniem „Rycerza bez skazy”, a następnie uchyliła drzwi jadalni i wyjrzała na przestronny korytarz. – Mamo?! Wiesz, mamo, potrzebujemy proszku Fiuu! Och, spadaj, Corey… nie zabierasz się z nami!
Avery i Bev ponownie wymieniły rozbawione spojrzenia. Ktokolwiek uważał, że rodzeństwo z założenia powinno się uwielbiać, na pewno nie spotkał nigdy Kenzie i Coreya. A szczególnie Kenzie i Coreya przebywających razem w jednym pomieszczeniu…
Przyjaciółki panny Greengrass nigdy nie ustaliły, czy niechęć brata i siostry do siebie nawzajem jest udawana, czy prawdziwa. Jedno było pewne – wyglądała bardzo szczerze. Zdawało się, że Mackenzie nie cierpi Coreya każdym porem skóry, każdą komórką i każdym atomem. Mordowała jego pająki (co miesiąc sprawiał sobie nowego, marząc o założeniu słynnej i zyskownej hodowli), bezlitośnie wyśmiewała dość żałosne wyniki w nauce, a także jego zauroczenie Beverly.
Bo nieszczęsny panicz Greengrass miał pecha zakochać się w piętnastoletniej Ślizgonce, przyjaciółce swojej najdroższej siostry.
Teraz zaś wychylał się zza futryny drzwi, lustrując jadalnię wzrokiem. Prawie zupełnie nie zwracał uwagi na to, że siostra usilnie starała się go wypchnąć z powrotem do przedpokoju. A przynajmniej dopóki nie złapała go za nos.
– Mfffhpf! Kenfi! – wybełkotał, starając się wykonać taktyczny odwrót.
Bez powodzenia.
– No, no, no, tylko nie Kenfi!
– Uść me!
Beverly uśmiechnęła się, zapewne wbijając tym samym nóż w samo serce Coreya Greengrass.
Avery nie poszła w jej ślady. Za bardzo absorbowało ją tarzanie się po podłodze.
Kenzie, uprzytomniając sobie nagle, że w jadalni lada chwila powinna znaleźć się jej mama, puściła brata, uśmiechając do niego rozbrajająco.
– Coś nie tak, Corey? Trzymasz się tak za nos…
– Jak mama się dowie…
– Masz już siedemnaście lat, braciszku, mógłbyś się zachowywać dojrzalej. No wiesz, sam radzić sobie z kłopotami i w ogóle…
– Znowu nie dojadłaś jajecznicy. Rodziców to martwi. Mogliby się zdenerwować, gdyby się dowiedzieli…
– Nie szantażuj mnie – mruknęła Kenzie, zerkając ze złością to na Coreya, to na talerz z ostygłymi resztkami jajecznicy. – Bo mam na ciebie haka.
– Haka? – zdziwił się Corey.
– Pająki, skarbie. Pająki.
To mówiąc, z rozmachem zatrzasnęła drzwi tuż przed obolałym nosem brata. Oparła się o nie z pełnym ulgi westchnieniem i spojrzała na swoje przyjaciółki z miną: Dlaczego To Wszystko Musi Spotykać Właśnie Mnie?
– Czasami się zastanawiam, czy jego ktoś nie podmienił jeszcze u Munga… – powiedziała ponuro.
– Jego czy ciebie? – zachichotała Beverly, również podnosząc się z krzesła. Przemaszerowała przez pomieszczenie, podchodząc do kominka, ozdobionego zielonymi herbami rodu Greengrass, przedstawiającymi smoka, przelatującego pod gałęzią wierzby. – Mam tylko nadzieję, że on naprawdę się z nami nie zabierze, to straszne, kiedy tak się na mnie gapi. Hej, masz jakieś ochraniacze? Sadzę trudno doprać.
– Coś znajdę. Ale zanim mama przyniesie proszek Fiuu, ta jajecznica musi zniknąć – powiedziała Mackenzie, dramatycznym gestem wskazując na talerz, który wcześniej wzbudził zainteresowanie jej brata. – Ave, rusz się z tej podłogi. Jesteś mi potrzebna!
Avery wyszczerzyła zęby radośnie, wstając i salutując pannie Greengrass swobodnie.
– Do usług dla wszystkich anorektyczek, w pełnym wymiarze godzin. Otwarte nawet w niedziele i święta. Przyjmuję bez wcześniejszych uzgodnień telefonicznych. To jest… sowicznych?
– Nie jestem wprawdzie anorektyczką – zaznaczyła Mackenzie – ale i tak skorzystam. No, otwórz buzię, Avery. Leci miotła, leci…
Avery posłusznie otworzyła usta i przełknęła pozostałości śniadania Kenzie bez żadnych oporów. Beverly przyglądała się tej scenie z mieszaniną rozbawienia i niesmaku.
– Wiesz, że będziesz gruba, Ave? – spytała z niespotykaną u siebie brutalnością Bev.
– Pewnie! – odpowiedziała rezolutnie Krukonka. – Ale później, dużo później. Teraz jestem jeszcze młoda i piękna.
– Rzecz dyskusyjna – mruknęła Gryfonka, unosząc widelec do ust Avery. – Pamiętaj zabrać ten twój list do Fielda. No, am!
*
Dziurawy Kocioł uchodził za spokojne i dość bezpieczne miejsce – a przynajmniej w porównaniu z innymi knajpami czarodziejów. Rzadko zdarzały się tam jakieś godne uwagi wypadki, a klientela była na ogół zajęta sobą i swoimi sprawami w stopniu wystarczającym, by nieczęsto wywoływać awantury i bójki.
Za ladą od kilku już lat urzędował Nick – syn Toma. Stosunkowo młody mężczyzna przejął interes ojca z mocnym postanowieniem, że uda mu się wprowadzić reformy, które pozwolą przejść pubowi do grona uznanych i godnych uwagi placówek o standardzie międzynarodowym.
Skończyło się jednak na tym, że od czasu do czasu zamiatał ganek. I nic poza nim.
Jak większość miejsc publicznych, Dziurawy Kocioł był podłączony do sieci Fiuu – co w tym przypadku oznaczało cztery brudne i rozsypujące się kominki nieopodal drzwi wejściowych. W sierpniu przedostawały się przez nie całe kawalkady młodocianych czarodziejów i czarownic – nierzadko z mugolskimi rodzicami, którzy z zasady źle znosili magiczne środki transportu, sprawiając swoim dzieciom więcej problemów niż wszystkie złośliwe gobliny z Banku Gringotta razem wzięte.
Zważywszy na powyższe, pojawienie się trzech dziewcząt w wieku szkolnym, które kolejno wypadły z kominka, zasypując podłogę popiołem, nie wywarło na nikim wrażenia. Bo też nie było w nich nic zdumiewającego – wszystkie trzy ubrane były po mugolsku, w dżinsy i kolorowe bluzki, przysłonięte ochraniaczami przeciwko sadzy. Dwie z nich wydawały się nieco starsze, a już na pewno wyższe. Przez moment leżały na brudnej podłodze, zapewne starając się uspokoić żołądki.
– To było upiorne – stwierdziła najniższa, zdejmując i przecierając okulary. Otworzyła torbę, a następnie schowała do niej wszystkie trzy ochraniacze, które wręczyły jej przyjaciółki.
– Zwyczajnie jesteś nieprzystosowana.
– Byłoby mi łatwiej, gdybym po płatkach czekoladowych nie jadła jajecznicy Kenzie…
– Hej, sama chciałaś!
Najniższa dziewczynka jęknęła, przeciągając się. Po chwili wszystkie trzy w miarę pewnie stanęły na nogach i skierowały się w stronę tylnego wyjścia, nie zwracając żadnej uwagi na klientów i barmana, odprowadzających ich znudzonym wzrokiem.
– Wcale nie. Po prostu kiedy widzę widelczyk i słyszę „leci miotła, leci”, to nie mogę się powstrzymać. Jestem Krukonką Pawłowa.
Część klientów zmarszczyła brwi z namysłem. Reszta była wyraźnie ucieszona tym, że może się pochwalić znajomością nazwiska Pawłow.
– Gdzie idziemy najpierw?
– Ja muszę do banku – stwierdziła Krukonka Pawłowa. – Wymienić pieniądze, no wiecie. Bev, ty nie musisz?
– Nie, ja je mam przy sobie.
– No dobra, a gdzie potem?
Trójca (która wciąż zyskiwała na osobliwości w oczach gości Dziurawego Kotła) wymieniła znaczące spojrzenia.
– Esy i Floresy! – krzyknęła najwyższa z dziewcząt, w okularach i z brązowymi, rozwichrzonymi włosami. – A potem do mugolskiego Londynu. Odkryłam niedawno, że nie znam pewnej mugolskiej książki. A tak być nie może.
– Nie powiem, żeby mnie to zdziwiło.
– Ja muszę na pocztę. Jasny gwint, nie uważacie, że ostatnia linijka listu do Fielda jest trochę krzywa? A tak się starałam…
– Nie martw się, Avery – pocieszyła ją ładna dziewczyna z niebieskimi oczami i w modnej, jasnej bluzce. – W końcu w tej ostatniej linijce piszesz, że go zabijesz, prawda? Krzywe pismo świadczy tylko o twoim wzburzeniu i dodaje treści realizmu.
Krukonka Pawłowa – Avery – odetchnęła z ulgą.
– Mam nadzieję, Bev. Mam nadzieję, że groźba grzechotki może brzmieć realistycznie. A ty, gdzie byś chciała iść?
– Hm… – Bev potarła policzek z namysłem. – Co powiecie na lody?
– Nie sądziłam, że kiedyś to powiem, Bev. Ale miewasz przebłyski geniuszu w najczystszej postaci…
Dziewczynki wyszły na zewnątrz, pozostawiając za sobą milczących, oszołomionych bywalców pubu i wyraźnie zamyślonego Nicka, który nie zauważył, że kubek, który napełniał, został już zabrany, a ciemny, dymiący płyn rozlewa się po blacie i skapuje na podłogę.
Zapomniały zamknąć za sobą drzwi – dlatego też każdy mógł zobaczyć, jak najwyższa z nich wyciąga z kieszeni różdżkę i stuka nią w ceglany mur na podwórku.
Ulica Pokątna powitała je głośnymi okrzykami sprzedawców, pohukiwaniem sów i dzikim pomiaukiwaniem kotów.
A klienci Dziurawego Kotła nie doszli do siebie jeszcze przez długie minuty. Ech, ta dzisiejsza młodzież…
*
Słońce, zgodnie z prawami rządzącymi światem, wspinało się coraz wyżej po nieboskłonie. Koty chowały się w cieniach rzucanych przez budynki, sowy pocztowe wierciły się z niepokojem – metalowe pręty ich klatek nagrzewały się niczym piekielne kotły. Zegary odmierzały godziny leniwie i bez pośpiechu, a czarodzieje zdejmowali tiary i przecierali spocone czoła, zerkając na sierpniowe niebo z pretensją.
Przeklęci niech będą mugole i ich globalne ocieplenie.
Uczniowie Hogwartu, którzy przybyli na Pokątną po szkolne wyposażenie, najczęściej biegali po wąskich uliczkach z głośnym krzykiem, przemieszczając się od sklepu miotlarskiego, który zawsze cieszył się dużym powodzeniem u młodzieży, do Magicznych Dowcipów Weasleyów, przy okazji zawadzając o lodziarnię Fortesque’a i witając się z napotykanymi po drodze znajomymi.
Avery Avery, Mackenzie Greengrass i Beverly Merrywell jakby to wszystko nie dotyczyło. Po wymienieniu mugolskich funtów na galeony, pospiesznie opuściły gmach Banku Gringotta, wymijając roztrzaskaną rzeźbę lwa przy schodach (z pamiątkową tabliczką, na której napisano, że zniszczenia wywołał smok, którego ujarzmili Harry Potter, Ronald Weasley i Hermiona Granger), udając się do księgarni.
Po latach odwiedzania wyłącznie mugolskich sklepów, Avery wyrobiła sobie bardzo stanowczą opinię o księgarniach latem. Mówiła ona, że nikt nigdy nie dba w nich o klimatyzację.
Teoria pozostawała jednak wyłącznie teorią w odniesieniu do Esów i Floresów, w których zawsze było przyjemnie chłodno, a zimą – potwornie wręcz lodowato.
Avery to nie martwiło. Mimo okazywanego od czasu do czasu lekceważenia (między innymi do praw przyrody – „Do licha, dlaczego niby ja nie mogę chodzić po wodzie? Był taki, co mu się udawało bez użycia czarów!”) i nie zawsze idealnych ocen (była jedyną uczennicą Hogwartu, która notorycznie dostawała niedostateczne oceny od profesora Longbottoma, który stracił już nadzieję), zasłużyła sobie na miano członkini domu Roweny Ravenclaw. Co oznaczało, że uwielbiała wymyślać teorie spiskowe, tezy bez większego pokrycia w naturze i że potrafiła godzinami analizować strukturę jajka, nim odważyła się je ugotować. Gdyby ktoś zdał się na nią w kwestii przyrządzania posiłków, byłaby w stanie rozmyślać nad nimi tak długo, aż w końcu, postawiona przed groźbą śmierci głodowej, skończyłaby zajadając własne kapcie.
Prawdopodobnie.
Nie ulegało wątpliwości, że prawdziwie stereotypowi Krukoni, choć z założenia inteligentni, należeli do ludzi, którzy są w stanie wysmarować sobie rękę masłem, jednocześnie gestykulując kromką chleba. No i – co najważniejsze – uwielbiali książki.
Dlatego też wizyty w księgarni razem z Mackenzie zawsze wprawiały Avery w zakłopotanie. Problem polegał na tym, że mimo całej swojej miłości do słowa pisanego, nie potrafiła zachwycać się podręcznikami magii i powieściami w takim stopniu, jak to robiła panna Greengrass.
Beverly? Proszę bardzo – ją i tak bardziej interesowali przechodnie. Szybko zgarniała z półek to, co było jej potrzebne, płaciła i wychodziła ze sklepu. Ale Mackenzie była straszna…
– Znowu te same, standardowe księgi zaklęć Bagshot! Czy Flitwick nie potrafi zrozumieć, że na rynku pojawiło się już mnóstwo innych, bardziej kompetentnych podręczników? Przecież to skandal! Żywią nas w Hogwarcie jakimiś reliktami starej epoki – złościła się Gryfonka, na czworakach buszując wśród podręczników, umieszczonych na najniższej półce. – Bev, nie stój tak, czytaj co jest nam potrzebne, to od razu zgarnę wszystkiego po dwa…
Beverly niechętnie odwróciła wzrok od mijającego księgarnię, przystojnego chłopca z przyciętymi krótko włosami. Skrzywiła się, widząc, jak on i jakaś dziewczyna – mniej więcej w jego wieku – padają sobie w ramiona. A potem bez słowa sprzeciwu pochyliła się nad listą podręczników i zaczęła głośno recytować umieszczone na niej tytuły.
– Ej no, coś się zmieniło – powiedziała nagle, unosząc brwi w zaskoczeniu.
Mackenzie zanurkowała tak głęboko między półki, że przyjaciółki widziały tylko jej adidasy i fragmenty jasnych nogawek spodni. Mimo to, całkiem wyraźnie usłyszały jej pełen oburzenia głos:
– Właśnie że nie. Nic się nie zmienia, ciągle uczą nas z tych samych podręczników, co naszych rodziców!
Beverly pokręciła głową.
– Nie chcę, żeby ktoś dostał zawału albo histerii, ale coś się naprawdę zmieniło. Zmieniła się… historia magii.
Avery, dotychczas w milczeniu przeglądająca książki do przedmiotów, które wybrała jeszcze w maju, znieruchomiała, szeroko otwierając usta.
– Niemożliwe!
– A jednak – westchnęła Bev. – Stoimy u progu katastrofy, która zmiecie ludzkość z powierzchni Ziemi.
– Taaak – zgodziła się Avery. – To będzie pogrom. Wody zamienią się w morza krwi, umarli powstaną i zabiją żywych, meteoryt spadnie na kraj, Wszechświat zadrży w posadach i wszystko szlag trafi. Ale garstka przetrwa i na zgliszczach wybuduje nowe, lepsze jutro. W każdym razie, choćby Field był ostatnim facetem na świecie, to… rozumiecie, co mam na myśli?
Beverly wywróciła oczami. Mackenzie też, ale jej twarz pozostała poza polem widzenia przyjaciółek. To była kolejna cecha Avery – bardzo literacka i bardzo absurdalna gadanina, której największą wadą było to, że ciągnęła się właściwie w nieskończoność. I pełno było w niej Fielda…
– W sumie nic w tym dziwnego – mruknęła Greengrass, wyciągając głowę spomiędzy półek i wycierając smugę kurzu z policzka. – Nowy nauczyciel, nowy podręcznik.
– Co nie zmienia faktu, że to robi niezłe wrażenie po tylu latach binnsonizmu. Ten cały Bucket musi mieć w żyłach krew jakiegoś słynnego rewolucjonisty. Takiego, który zmienił nazwisko. Bo trudno być słynnym i jednocześnie nazywać się Bucket – paplała Ave.
– Bev, podaj tytuł tej książki.
– Książek w liczbie mnogiej – poprawiła ją Beverly. – „Dzieje czarodziejskiego świata” część V plus ćwiczenia, „Wnikliwe studium magicznej historii XXI wieku” dla klas I-V i… o. „Herbarz czarodziejów”?
Mackenzie bez słowa, acz z widocznym zainteresowaniem zanurkowała w poszukiwaniu właściwych tomów. Avery miała o wiele więcej do powiedzenia.
– „Herbarz”?! Jak to „Herbarz”?! To jakiś faszysta!
– Avery, daj spokój – jęknęła Bev.
Zarówno Gryfonka jak i Ślizgonka znały czułe punkty swojej przyjaciółki. Pierwszym był jej wzrost – dość marne metr pięćdziesiąt osiem, czyniące ją najniższą uczennicą, która ukończyła drugą klasę w Hogwarcie. Drugim było jej mugolskie pochodzenie… i nazwisko, które większość uczniów kojarzyło z od dawna nieżyjącym Śmierciożercą.
– Mówię ci, Bev, to musi być faszysta! Na pewno jest czystej krwi, a z takimi to nigdy nic nie wiadomo.
– JA jestem czystej krwi – burknęła Mackenzie, prezentując im obu książki do historii magii i pakując je do koszyka.
– Ale ty to co innego…
– Wiesz, Ave, póki co, to ty zachowujesz się jak faszystka. Jesteś zwyczajnie uprzedzona. Chodźmy zapłacić, tutaj nie ma porządnych powieści… ech, najpierw lody, czy mugolskie księgarnie? Nie musicie odpowiadać, widzę że marzycie o tej drugiej opcji!
Beverly i Mackenzie ruszyły w stronę kasy. Avery dołączyła do nich z ponurą miną, marszcząc brwi. Idąc za przykładem przyjaciółek, wyłożyła na ladę standardowe podręczniki do trzeciej klasy, plus książki do wróżbiarstwa, numerologii i opieki nad magicznymi stworzeniami.
– Może i mam uprzedzenia – stwierdziła cicho. – Może. Ale swoje wiem. A ten Bucket mi się nie podoba…
*
– Lody! Oddam królestwo za lody. Mogą być bakaliowe, jagodowe, truskawkowe, czekoladowe, śmietankowe, orzechowe… marzenie, co nie? – To mówiąc, Beverly opadła na krzesło przed słynną lodziarnią Fortesque, rozkoszując się miłym cieniem rzucanym przez parasol przeciwsłoneczny. Bieganie po Pokątnej i równie upalnym, mugolskim Londynie, było wyczerpujące. Nawet jeśli większość czasu poświęciły zwiedzaniu księgarni, bibliotek i antykwariatów.
Mackenzie i Avery, usadowione naprzeciwko niej, wpatrywały się w nią z uwagą, która zaczynała jej działać na nerwy.
– No co? Powiedziałam coś nie tak? Mówiłam tylko, że chcę lody. Dużo. Bakaliowe, jagodowe, truskawkowe, czekoladowe, śmietankowe i orzechowe, niekoniecznie w tej kolejności. A wy się patrzycie, jakbym ogłosiła zdradę stanu.
Mackenzie uśmiechnęła się uprzejmie.
Nieco zbyt uprzejmie, jak na gust Beverly.
– Nie ma problemu, Bev – powiedziała. – Skoro tak chcesz, to idź i je zamów. I przy okazji zamów też dla mnie.
Avery wyciągnęła się na krześle, mrucząc leniwie.
– Taaak, Bev. Mnie też. I wiesz, nie mam nic przeciwko sokowi z dyni z lodem. Cóż, Weasleyowie mogliby wznowić pracę nad czarodziejską wersją coli, ale skoro nie wznawiają, musi mi to wystarczyć.
– Też poproszę – powiedziała panna Greengrass.
Beverly Merrywell poczuła się wykorzystywana. To było straszne.
– Same sobie przynieście… – zaprotestowała bez większego przekonania.
– My? Ależ nie, aż tak nam nie zależy. Królestwa byśmy nie oddały.
– A ty masz bliiiiżeeeej…
Beverly skapitulowała. Podniosła się i powędrowała w stronę kontuaru w budynku lodziarni, powtarzając sobie, że raz na jakiś czas można się poświęcić. I poprzysięgając zemstę – ostatecznie, była wychowanką domu Slytherina, czyż nie tak?
Tymczasem Mackenzie otworzyła swoją przepastną, zieloną torbę i wydobyła z niej siatkę pełną książek. W siatce znajdowała się – oprócz podręczników – inna siatka, z reklamą mugolskiej księgarni. A w tej siatce, oprócz powieści, jeszcze jedna siatka, z zupełnie innego miejsca.
Avery uchyliła jedną powiekę, by – nie angażując zanadto swego krukońskiego umysłu – obserwować, jak przyjaciółka tuli wszystkie swoje nowe nabytki, wącha kartki i głaszcze okładki, wodząc palcem po tytułach i nazwiskach autorów, a czasami oglądając ilustracje.
– Cudowne są, prawda? – zapytała Kenzie, podtykając pod nos Avery dwie książki. Byli to „Amerykańscy Bogowie” Neila Gaimana i „Straż Nocna” autora imieniem Terry Pratchett. Obie pochodziły z mugolskiego Londynu.
Avery już kiedyś je czytała. I bardzo lubiła. Ale żadnej z nich nie próbowała zagłaskać na śmierć – nawet jeśli tylko metaforyczną. Mimo to, już chciała zapewnić przyjaciółkę o własnym – skrajnym i definitywnym – rozanieleniu, kiedy nagle jej wzrok padł na jednego z przechodniów…
Wrzasnęła i zanurkowała pod stół.
– Kenzie, Kenzie, kryj mnie! To Field! To Potwór! To ten ochłap czarodziejskiego świata, co podaje się za człowieka!
Kenzie spojrzała w niebo, wzywając je na świadka swego męczeństwa.
Niebo milczało.
– I co mam zrobić? – spytała Mackenzie, siląc się na spokój.
– Wszystko, żeby tylko mnie nie zobaczył! – usłyszała odpowiedź.
– Udawaj po prostu, że cię tu nie ma. Na razie nieźle ci idzie.
– Dobra. Udaję, że mnie tu nie ma. – Odchrząknęła, kuląc się pod stolikiem tak bardzo, jak to tylko możliwe w przypadku kręgowca. – NIE MA MNIE!!! – zawołała.
Kenzie zakrztusiła się ze śmiechu, a Field znieruchomiał w pół kroku i rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu właścicielki znajomego mu głosu.
– Kenzie, myślisz że on się na to nabierze? – zapytała Avery.
– Nie. Myślę, że już za późno.
Frank Field zauważył Mackenzie przed przybytkiem Fortesque’a i najwyraźniej postanowił się przywitać. Aczkolwiek niepewnie.
Puchon, zwany przez Avery Potworem (i nie tylko – ale większość epitetów, jakimi go obrzucała, ciągnęło się na wiele linijek praktycznie bez żadnych przerw w postaci przecinków, za to z mnóstwem wykrzykników) był prawdopodobnie jedynym przedstawicielem swojego domu, który zdecydował, że jego wizerunek musi być mroczny. A może nawet Mroczny – w związku z czym nauczył się przeszywać wrogów makabrycznie miłym uśmiechem i odrabiać lekcje z upiornym brakiem zwykłej, puchońskiej sumienności.
Lubił dzieci – i dlatego nic nie przerażało pierwszoroczniaków bardziej niż Frank Field, sunący po korytarzu w swoich złowrogich okularach i ze złowrogą torbą, przerzuconą przez ramię, nie wspominając już o złowrogiej sowie o imieniu Mufka.
Piętnastolatek, który deklarował, że lubi maluchy, musiał być niebezpiecznym psychopatą.
Ale nie to było w Potworze najgorsze. Najgorsze było to, że – mimo, iż zawsze starał się być uprzejmy dla swoich bliźnich – utrzymywał, że jest straszny, czepialski i podły. Co wywoływało dokładnie taki skutek, że każdy choć trochę przekorny nastolatek chciał mu uświadomić, że wcale tak nie jest, demonstrując własne czepialstwo i podłość.
To zawsze prowadziło do kłótni. I było głównym powodem, dla którego mało kto mógł znieść Fielda.
Jedyną chyba osobą, która wierzyła w demoniczność Puchona, była Avery, bijąca ogólnoszkolne rekordy w dystansowym znoszeniu gadaniny Franka. Zapewne zresztą dlatego, że oboje potrafili kłócić się o największe bzdury, a grożenie sobie nawzajem, choć za każdym razem podobne, jakoś ich w gruncie rzeczy nie nudziło.
Frank „Potwór” Field – w rzeczywistości dość nieśmiały i tchórzliwy – nieczęsto przyznawał się do tego, że ktoś lub coś wprawia go w przerażenie.
Wyjątkiem od tej reguły była Mackenzie Greengrass, grająca – podobnie jak Field w Hufflepuffie – na pozycji pałkarza w drużynie Gryfonów. Była jedyną dziewczyną w szkole, której powierzono tę odpowiedzialną rolę i – krótko mówiąc – z pewnością nie przyniosła wstydu żadnemu ruchowi feministycznemu.
Nic dziwnego, że inni gracze Quidditcha się jej obawiali. Ostatecznie, Kenzie wprawiała w przerażenie nawet najbardziej flegmatyczne muchy, które mijały ją w powietrzu…
– Dzień dobry? – zagadnął Frank, odsuwając dla siebie krzesło.
Które, rzecz jasna, zawadziło przy okazji o Avery.
– Auć! – krzyknęła, wyłaniając się spod stołu i obrzucając Fielda wściekłym spojrzeniem znad szkieł okularów. – Ty tekturowy młotku! Zawadziłeś o mnie!
Nawet jeśli Puchon zdziwił się z dotychczasowego położenia Ave, nie dał tego po sobie poznać, szybko i płynnie przechodząc na tryb Potwora Defensywnego.
– Wybacz, Vero. Przy twoim półtora metra, zwyczajnie nie zauważyłem.
– Jakie półtora! Jakie półtora?! Metr pięćdziesiąt osiem! I nie nazywaj mnie Verą, Potworze!
– Bo co? Bo co mi zrobisz, hę?
– Ja? Ja, tego… utłukę cię, głupku, grzechotką.
Gdyby Mackenzie była bardziej skłonna do współpracy i choć trochę przyjaźniej usposobiona do Franka Fielda, teraz wymieniliby wymowne spojrzenia. Niestety – oboje zmuszeni byli zadowolić się kilkusekundową kontemplacją obłoków.
Cisza nie trwała długo.
– Oberwiesz pałką – zagroził Field, celując w Avery palcem wskazującym i jednocześnie popisując się niezłym wyczuciem dramaturgii.
Krukonka nie dała się łatwo zastraszyć.
– A ty cegłą.
– Siekierą!
– Toporem!
– Zobaczysz, dostaniesz z procy.
– A ty z armaty.
– Spadnie na ciebie pięćdziesiąt ton żywej wagi.
– Znaczy się… ty? – zapytała niewinnie Ave, przy okazji z powrotem siadając na krześle. Tymczasem Mackenzie wróciła do podziwiania swoich książek.
– Nie ja, Vero, nie ja. Podpowiem ci, że będzie w to zamieszany gniew boski.
– Bóg się na mnie wścieka, bo jeszcze cię nie ukatrupiłam, ty paranoiczny świergotniku.
– I kogo nazywasz świergotnikiem, kruku niedorobiony?
– Takiego jednego padalca.
Frank rozejrzał się teatralnie.
– Gdzie on jest? – spytał z przejęciem.
– Tu. Nosi twoje spodnie.
Zmierzyli się wzrokiem niczym dwóch zawodowców na ringu, nie zważając na zniecierpliwione prychnięcie Kenzie. Po chwili Frank podjął kłótnię, powoli i z namysłem ważąc każde słowo.
– Jesteś najbardziej upierdliwym wrzodem na tyłku ze wszystkich wrzodów w Wielkim Królestwie Wrzodów, gdzie płynie rzeka Wrzodzia. I każdego kto zaprzeczy wyzwę na ubitą ziemię. A tak w ogóle, to na listy się odpisuje, wiesz, kruku niedorobiony?
– A ty jesteś paralityczną amebą i uwstecznionym pierwotniakiem z czasu sprzed powstania najpierwotniejszych pierwotniaków. I każdy, kto zaprzeczy, musi się liczyć z tym, że spotka go jakiś przykry wypadek. Odpisałam wczoraj i dziś miałam zamiar wysłać. Dać ci go teraz?
– Gdyby ślimaki umiały mówić, jestem absolutnie pewien, że każde ich odchrząknięcie byłoby bardziej elokwentne niż twoje tysiąc słów. A daj, nudzę się, tak to przynajmniej będę miał co poczytać…
Avery skinęła głową i posłusznie zaczęła grzebać we wnętrzu swojej zabałaganionej torby. Po chwili wyjęła z niej zapieczętowaną kopertę ze starannie wypisanym nazwiskiem adresata: Frank Field.
– Masz, naciesz się. Następnym razem dostaniesz co najwyżej laskę dynamitu. Z zapalonym lontem.
– A ty dostaniesz z bazooki.
– A może któreś z was chciałoby loda?
Avery, Field i Mackenzie podnieśli głowy ze zdziwieniem, rejestrując ponowne pojawienie się Beverly, trzymającej w rękach imponujących rozmiarów tacę z lodami i sokiem.
Mackenzie z podziwu godnym refleksem zgarnęła ze stolika menu, serwetki jednorazowe i cukiernicę, na co Bev z westchnieniem ulgi pozbyła się balastu. Avery uśmiechnęła się pod nosem, a Field spojrzał na Ślizgonkę ze współczuciem.
– Nigdy więcej – syknęła Bev. – Nie jestem tragarzem. Nie jestem mułem. Nie jestem… hm, w ogóle nie jestem niczym dźwigalnym…
– Nie, oczywiście że nie – stwierdził uprzejmie Frank, odsuwając pannie Merrywell krzesło. – Wrobiły cię w to, prawda?
Bev uśmiechnęła się z roztargnieniem, opadając na siedzenie i opierając się wygodnie.
– Mhm. Strasznie są podłe i w ogóle…
– Tu się akurat zgodzę. Zawiążemy przeciwko tym dwóm koalicję?
Ślizgonka zaśmiała się, kręcąc głową przecząco. Mackenzie wyszczerzyła się lekko, przysłaniając twarz książką, a Avery mimowolnie zazgrzytała zębami.
Po prostu nie narodził się jeszcze taki facet, który zachowałby się ordynarnie w stosunku do Beverly. A jeśli tak – wbrew wszelkim dowodom świadczącym przeciw temu – to biedak z całą pewnością mieszkał w klasztorze.
Albo po prostu był gejem.
Nie, żeby Avery życzyła Fieldowi którejś z tych opcji…
Starając się uspokoić, Ave odwróciła wzrok od Puchona (idiotycznie uśmiechniętego, a niech go tyfus zielony) i napotkała spojrzenie chłopaka, który przysiadł na murku po drugiej stronie ulicy i obserwował ich z rozbawieniem. Krukonka wiedziała, że nazywa się Uwe Holtz, jest – podobnie jak Frank, jego najlepszy przyjaciel – na piątym roku w Hufflepuffie, i że niemieckie pochodzenie umożliwia mu przeklinanie niemal doskonałe – większość niewykształconych lingwistycznie nauczycieli mogło się jedynie domyślać, co mówi, kiedy otrzyma zły stopień…
Nie tracąc czasu na bardziej wyrafinowane i czasochłonne sposoby komunikacji, z rozmachem kopnęła Fielda w nogę.
– Aua! Prosisz się o nóż w plecach, kotlecie niedopieczony…
– Oko za oko, Potworku. Jesteś taki ogromniasty, że aż cię nie zauważyłam, wydawało mi się, że jesteś częścią krajobrazu. Ale ja nie o tym. Tam, po drugiej stronie ulicy, czeka twój kumpel.
Frank posłusznie odwrócił się w stronę Holtza, poprawiając okulary na nosie. Po chwili pomachał do przyjaciela ochoczo i podniósł się z miejsca. Avery zauważyła – z mieszaniną kpiny i satysfakcji – że schował do kieszeni zaadresowany do niego list.
– Prawda, mieliśmy się spotkać w miotlarskim. No. Idę sobie.
Skłonił się kolejno przed Merrywell i Mackenzie.
– Wszystkiego dobrego, Beverly. Lepszych przyjaciół, na przykład. I tobie, Greengrass. Dużo przeciwnik… to jest… tłuczków do wygrzmocenia. Na razie. Uwe powiedziałby: Auf Wiedersehen.
Zerknął na Avery, groźnie marszcząc brwi.
– Spadaj! – uprzedziła go Krukonka.
– Jeszcze nic nie powiedziałem.
– Już ja cię znam.
– Chciałem ci tylko życzyć miłego dnia…
– O?
– I powiedzieć, że jesteś najpaskudniejszą pokraką, jaką nosiła Ziemia. I że to cud, że jeszcze cię z siebie nie strząsnęła, ta nasza Błękitna Planeta. No, do widzenia paniom.
Avery odprowadziła go spojrzeniem, mocno zaciskając szczęki i pieści. Lody roztapiały się szybko i bezgłośnie.
– Nienawidzę go.
– Kocham moje książki.
– Nie uważacie, że Holtz jest przystojny? Ave? Kenzie? Jak sądzicie?
Trójca spojrzała po sobie ze zdziwieniem, a następnie jednocześnie, jak na zawołanie parsknęła śmiechem.
kryptonim-krokodyl 28/01/2009 17:22:57 [
Powrót]
Komentuj
Szablon: Mer. Grafiki: Google. Dla Kryptonimu.